Współczesnym kibicom nazwisko Artosin może być nieznane, ale ci, którzy pamiętają takich zawodników jak Castagna, Dal Chiele, Furlanetto, Maida, czy Salvatelli, muszą mieć świadomość, iż za ich sukcesami stał ten skromny, serdeczny szewc z Montagnany.
Vito był typowym człowiekiem z cienia. Nie miał parcia na szkło, nie pragnął robić międzynarodowej kariery. Kochał motocykle i nie mogło być inaczej, bo w Montagnanie wszyscy żyli wyścigami. Małe, przepiękne, choć zapomniane przez Boga miasteczko, słynęło z długiego toru i do końca lat ’80 było twierdzą tego sportu, organizując wyścigi rangi mistrzostw Europy. Artosin pełnił funkcję kierownika zespołu miejscowych „Lwów”. Jego zaangażowanie sprawiło, iż wkrótce znalazł zatrudnienie w krajowej federacji jako komisarz techniczny, a później opiekun reprezentacji.
– Nie pamiętam ile lat ojciec przepracował w żużlu, ale było tego ponad dwadzieścia. Był z nim związany od zawsze. Sukcesów też uzbierała się spora gablota. Jeśli dobrze liczę, to jako manager poprowadził kadrę w 12 finałach światowych, włączając te na lodzie – wspomina Marco, syn Vito.
Tak, tak – Włosi ścigali się na lodzie i to w ogromnym stopniu zasługa Artosina. Renzo Giannini, niegdyś wpływowy działacz FIM, wspomina: – Vito poświęcił się wyścigom bezgranicznie. Kochał wszystkie ich odmiany. Kiedyś poznał i zaprzyjaźnił się z Rosjanami. W ramach współpracy wysyłał kadrę w okolicach Bożego Narodzenia do Związku Radzieckiego, na Syberię, tak by chłopcy byli w optymalnej formie na europejskie wyścigi w styczniu. Jeździli tak tam wielokrotnie, zwłaszcza do Kemerowa. Sowieci, w ramach wymiany, trenowali wiosną na motocrossie u nas, w ośrodku szkolenia w Polcanto.
– Piękne były to czasy. Odkąd skończyłem 9 lat, tato zabierał mnie i braci do furgonetki i w towarzystwie Barbetty i Franchettiego jeździliśmy na zawody. Do dziś pamiętam wyprawy do Tampere w Finlandii i Debreczyna na Węgrzech. Dla dzieciaka to była niesamowita przygoda! – dodaje Marco.
Artosin nie miał wrogów. Szanował ludzi, kochał sport, a za swoich zawodników był w stanie wskoczyć w ogień. Był dla nich ojcem, przyjacielem, powiernikiem, a gdy było trzeba kierowcą i mechanikiem. Pomagał organizować pierwsze żużlowe teamy, dogrywał kontrakty zagraniczne, dbał o dobre relacje między chłopakami.
Paolo Salvatelli wyznaje: – Utkwiły mi w pamięci takie zawody w Wiener Neustadt, w Mistrzostwach Świata Par, gdzie razem z Furlanetto awansowaliśmy do finału w Bradford. Austriacy przed swoją publicznością walczyli jak o życie, cisnęli Australijczycy, ale to my awansowaliśmy! Bez Vito nie byłoby tych sukcesów. Zawsze stał za nami murem, jak ojciec, albo jak najlepszy kumpel. Pozwalał uwierzyć, że możemy wiele. Wspaniałe emocje, nigdy ich nie zapomnę…
Dodajmy, że w tamtym finale, w 1988 roku Włosi zajęli siódme miejsce, wyprzedzając Polaków, w składzie Świst – Jankowski. I nikogo to nie dziwiło. A gdyby jeszcze w decydującej rozgrywce mógł pojechać kontuzjowany Salvatelli…
Andrea Maida opowiada: – Vito Artosin był nie tylko dobrym komisarzem technicznym, ale przede wszystkim świetnym gościem. Kiedy zaczynałem karierę w 1985 roku już pełnił tę funkcję i dobrze pamiętam, jak dostrzegł we mnie potencjał i dołączył do grupy talentów juniorskich, jaka funkcjonowała w ramach włoskiej drużyny narodowej. Pod jego wodzą – mimo iż mieliśmy niewielu zawodników i mniejsze możliwości niż inne kraje – osiągaliśmy niezwykłe sukcesy, docierając do kilku finałów mistrzostw świata. To były kamienie milowe dla naszego sportu, które w tamtym czasie wydawały się nie do pomyślenia. Tak… Vito był wyjątkową osobą. Wiedział jak budować i zarządzać zespołem. Wkładał w to całego siebie: umiejętności i serce. Dawał energię i motywację – niezbędne, byśmy mogli przekraczać własne granice. No i umiał wybrać do kadry najlepszych w danej chwili żużlowców, nie istniały układy. Pomagał nam zawsze, a my ufaliśmy mu bezgranicznie.
Miłość Artosina do wyścigów zostawiła wystawiona na ciężką próbę w lutym 1994 roku, kiedy jego podopieczny Remo Dal Bosco poniósł śmierć w wyniku obrażeń na torze lodowym w Berlinie. To on zaszczepił pochodzącemu z Lombardii kaskaderowi z zawodu, gen do wyścigów. Szkolił Remo na klasycznym torze, organizował wyścigi icespeedwaya w Cortina D’Ampezzo, widział w nim przyszłą wielką gwiazdę w tej odmianie. Dal Bosco przebijał się do światowej czołówki, a reprezentacja w składzie z nim, Lucą Ravagnanim i Fabrizio Vesprinim zameldowała się w finale światowym. Los chciał inaczej.
Wypadek Remo Dal Bosco złamał serce Artosinowi. Powoli wycofał się z motocyklowego świata, który bez niego zaczął chylić się we Włoszech ku upadkowi. Wrócił do rodzinnej Montagnany oddając się drugiej pasji – naprawie butów. Był to fach przekazywany w rodzinie z pokolenia na pokolenie. Razem z żoną prowadził sklep obuwniczy, wiódł spokojne życie emeryta, z nostalgią spoglądając na lokalny tor, który powoli zarastał chwastami…
– Po jego odejściu nic nie było już takie samo. Jako Włosi nigdy nie zbliżyliśmy się do wyników, osiąganych za kadencji Vito – nie tylko na arenie europejskiej, czy światowej, ale także na krajowym podwórku. Bez jego charyzmy poziom drastycznie się obniżył, zaczęła się równia pochyła. To najdobitniej pokazuje, jakim był gościem, ile dla nas znaczył. Prawdziwy numer jeden. Dziękuję Ci, Vito! – kończy Maida.
Vito Artosin odszedł w wieku 86 lat, zabierając ze sobą ogromną wiedzę o włoskim żużlu. Wiedzę, jaką miał tylko on. Już nikt, nigdy, nie spisze pasjonujących tajemnic nieistniejących torów i zapomnianych zawodników. Wspomnijcie go czasem, jeśli los zagna was na stadion w Terenzano lub Lonigo. Bo bez takich skromnych bohaterów drugiego planu, żużel nie wyglądałby dziś tak samo.
Wiktor Balzarek